Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Orkana w Bieżuniu

Historia Liceum Ogólnokształcącego w Bieżuniu

 

Osada Bieżuń po II wojnie światowej znalazła się w województwie warszawskim, dokładniej zaś w powiecie sierpeckim. Wojna nie spowodowała w miasteczku nad Wkrą żadnych zniszczeń. Straty dotyczyły natomiast ludzi, o czym w obecnej chwili istnieją już opracowania naukowe. Do Bieżunia nie docierały wydarzenia wojenne takie jak front, wybuchy bomb. Mieszkańcy wiedzieli jednak o egzekucjach (Rościszewo, szosa sierpecka), czekali na powrót swoich bliskich. Część ludności zginęła w latach 1939-1945, część już po wkroczeniu Armii Czerwonej. Bieżuń tkwił w swoim zapóźnieniu cywilizacyjnym i kulturowym. Był "zapyziały" - jak mówił bieżuński poeta.

Z marazmu nie mógł zbudzić się do nowego życia, do nowego czasu po latach terroru i niewoli niemieckiej. Tkwił w oparach mgły i leniwie płynącej rzeki Wkry. Podróże dalej odbywały się jak przed wojną - furmanką do Sierpca lub Mławy. Sklepów było mało, zresztą i w tych biedna ludność nie kupowała. Bieda i zacofanie. Przerośnięta młodzież (skutek wojny) nie miała od razu szansy na rozpoczęcie nauki. Tymczasem pęd do wiedzy i tym samym zdobycia awansu społecznego były ogromne. W pobliskim Żurominie szkoły średniej nie było. Zresztą, Żuromin pod względem liczby ludności i możliwości prowadzenia szkół zaraz po wojnie nie wyglądał lepiej niż Bieżuń. Najbliższa szkoła średnia istniała w Sierpcu oddalonym o 20 km.

W Bieżuniu od lat okupacyjnych przebywał przyszły założyciel Szkoły - Stefan Gołębiowski. W latach 1939 - 45 z narażeniem życia prowadził tajne nauczanie. Zaraz po wojnie przystąpił do działania. W roku 1945 przy współpracy światłych mieszkańców zakłada szkołę średnią. Uroczystość otwarcia szkoły stała się dla społeczności Bieżunia wielkim przeżyciem. Przez ten fakt mieścina stała się ośrodkiem oświatowym i kulturowym na północnym Mazowszu.

 

Rozpoczęcie już we wrześniu 1945 roku pracy tak wielkiej w tak niewielkim Bieżuniu, przy tak mizernych szansach, było dziełem niezwykłym. Na miarę tytanów pracy. Sam założyciel był tymczasem zgoła zaprzeczeniem fizycznym tytanów, był człowiekiem ułomnym, cierpiącym.

 

W okresie całego swojego istnienia Szkoła przechodziła różne koleje losu. Pojawiały się też "czarne chmury", zakusy i celowe gry, by Jej odebrać rangę, nawet by ją przenieść, więc zabrać, unicestwić. Przetrwała jednak wszystko. Zmieniały się czasy, rządy, ministrowie, decydenci, a ona trwała.

 

 

Stefan Gołębiowski

założyciel i pierwszy Dyrektor Liceum

 

Zmieniały się roczniki uczniów. Zmieniała się kadra pedagogiczna, a Ona wciąż nabierała rangi, rozrastała się i krzepła w swych posadach, wrastała w historię, w tradycję. Obrastała legendą.

 

Gołębiowski narzekał nieraz, zapewne w przypływach bezradności, że jego najlepsi uczniowie odchodzą i nie chcą "nieść światła" zapadłej prowincji, która jest - jak pisał - " ni psem, ni wydrą". Po latach założyciel jednak zgodził się, że odchodzenie zdolnej młodzieży do miast było tej młodzieży prawem. Po prostu - po to istniała szkoła w Bieżuniu.

 

Owa młodzież po latach pisała do swojego profesora i mistrza, wyrażając niekłamaną wdzięczność za poszerzenie horyzontów umysłowych, za przetarcie ciemnych oczu. Wśród uczniów, jacy przez mury bieżuńskiego liceum przeszli, jest wielu posiadających wyższe wykształcenie. Są profesorowie, lekarze, dziennikarze, inżynierowie, nauczyciele, pracownicy administracji. Są też inni potrzebni w każdym czasie.

 

Aby gdzieś zamieszkać, rozpoczął Gołębiowski od remontu drewnianego domu po rodzicach przy ulicy Zamkowej (Młyńskiej). Ten dom "spodobał się" jednak żandarmerii niemieckiej, przyszły Dyrektor zmuszony był przejść do "...domu narożnego naszej Zamkowej ulicy ze Starym Rynkiem (...). Na szczęście znaleźli się uczniowie żądni wiedzy z rodzicami gotowymi przyjść nam z materialną pomocą. Do pierwszych należał Staś Ilski, Laura Żulewska i Halina Przysiecka z Brudnic. Do nich wkrótce doszlusowali koledzy, Tadeusz Kołodziejski i Stanisław Lipieński. Od nich się zaczęło moje tajne nauczanie." Ten fakt należy uznać za zaczątek Szkoły. Pierwszym dokumentem, biorąc chronologicznie, z którego wiele wynika dla założenia szkoły, jest "Protokół Organizacyjnego Koła Przyjaciół Gimnazjum im. Wł. Orkana w Bieżuniu. Właśnie tam czytamy, że 12 sierpnia 1945 roku "w sali szkoły powszechnej w Bieżuniu przy udziale przedstawicieli władz samorządowych, państwowych, partii politycznych i miejscowego społeczeństwa odbyło się zebranie organizacyjne Koła".

 

Jak przebiegała sama uroczystość otwarcia? Zachowały się nieliczne fotografie i wspomnienia. Miarodajnym źródłem znowu jest pamiętnik pozostawiony przez Gołębiowskiego: " Nareszcie uroczyste otwarcie szkoły. Pochód na ulicach Bieżunia. Patronem naszego Samorządowego Gimnazjum Władysław Orkan. Gdzie Krym, a gdzie Rzym? Co mają wspólnego podhalańskie Gorce i mazowieckie od pól kwiaty polskie? Piękno górskiego krajobrazu z równin ubóstwem? (...) Gimnazjum rozwojowe. Na początku dwie klasy i dwa ciągi nauczania: semestralny dla klasy I i II i roczny dla klasy II.

 

Po dwóch latach (1947) ciąg semestralny został zlikwidowany. Utrzymał się jedynie roczny. Baza jakże skromna. Dwie klasy, najwyżej trzy. Nie ma widoków na przyszłość (...). Sklep się przeniósł do domu gminnego, a ja tymczasem zająłem opuszczoną piętrową kamienicę pod dwie klasy na parterze i dwa mieszkania dla nauczycieli na piętrze. Już szkoła jako tako w pięciu klasach się mieściła, lecz sprawa rekrutacji była nadal otwarta. Bez internatu nie ma mowy o dalszym rozwoju.(...).  Stoi pustkami dom modlitwy przy bożnicy. W czynie społecznym przeprowadzamy w nim remont i w ten sposób zyskujemy dwie sale dla internatu żeńskiego oddzielone długim korytarzem od kuchni i stołówki. Przy tym tak się szczęśliwie złożyło, że przedszkole znalazło większy budynek w Starym Rynku i myśmy opuszczony zajęli na użytek internatu męskiego: 4 izby pod piętrowe prycze i dwie mniejsze na poddaszu. Był to samotny budynek po domach zburzonych. Uczniowie klas starszych plac ten własnym przemysłem ogrodzili, wychowawcy z klasami splantowali, a rodzice nawieźli żwirem. W ten sposób powstał plac sportowy dla gimnastyki, gier i zabaw, dla koszykówki i piłki nożnej. Brakowało jeszcze sali gimnastycznej. I tę udało stworzyć w sąsiednim drewniaku po skasowaniu wyeksmitowanego piętra (...). Nowa sala, wyposażona w parkiet stała się nie tylko gimnastyczną. W niej również odbywały się uroczystości szkolne, świetlicowe, sobótki taneczne i zabawy taneczne, poprzedzone lekcjami tańca.

 

Dzięki stałej rozbudowie po pięciu latach i po pierwszej maturze, kiedy cały szereg szkół wiejskich nie wytrzymał próby czasu - została Orkanówka upaństwowiona. " Nie było jednak tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Szkoła miała dwa skrzydła: jedno dłuższe, narożne, parterowe, a drugie krótsze, ale za to piętrowe. Skrzydła te, chociaż przyziemne, wymagały połączenia (...). Czas nagli. Rady innej nie ma. Trzeba samemu wziąć się do pracy. Plan i pozwolenie na budowę zdobyłem prawem kaduka dzięki bezinteresownemu architektowi z Sierpca. Fundusze Komitetu Osady Bieżuń, nakłady Komitetu Rodzicielskiego i społeczeństwa, pomoc nauczycieli i praca społeczna przy fundamentach, jak też przy gromadzeniu materiału budowlanego, razem zjednoczyły nas zbiorowo i w ten sposób (...) systemem gospodarczym stanęła piętrowa kamienica bliźniacza przy pierworodnej.

W archiwum szkolnym znajduje się komplet dokumentacji dotyczącej pierwszego w dziejach liceum egzaminu dojrzałości. Był to wielki sukces młodzieży i uczącej kadry pedagogicznej. Uroczysty bal młodzieży po I maturze odbył się w parku czyli na terenie "pałacu" jak przypominał Jerzy Kraszewski, należący do pierwszych maturzystów. W latach siedemdziesiątych ówczesna dyrektor szkoły - I. Chojnicka - zapoczątkowała budowę boiska sportowego utwardzonego. Prace te dokończył następny dyrektor Wiktor Mieszkowski (autor powyższej historii szkoły). Do nowego budynku szkolnego, który autentycznie "miał stać się ozdobą Bieżunia", Stefan Gołębiowski jako dyrektor już nie wszedł. Przed otwarciem nowej szkoły doszło do poważnych kontrowersji między nim a radą pedagogiczną. Jedynowładcze zapędy dyrektora spowodowały opór ze strony nauczycieli. Konflikt zaognił się tak bardzo, że w porywie przesadzonych zresztą reakcji.

 

Gołębiowski złożył pisemną rezygnację ze stanowiska. Skierował ją do wydziału Oświaty w Żurominie. Ten czas był dla niego okresem dramatycznym. W jednym z wierszy użył nawet wyrazu klęska. Od roku 1965 zamknął się w sobie, dokonał wewnętrznej emigracji. Szkołę nazywał "Moja".